Wyzbyć się strachu przed śmiercią

Pogłębiając wiedzę uczymy się jeszcze czegoś: tego, że nasza śmierć jest całkowicie bez znaczenia. Nasz lęk przed śmiercią jest właściwie niestosowny. To nic innego jak protest przeciwko regułom gry, które znało się od początku. Życie na tej ziemi jest ograniczone dla każdego. Jest w tym jakaś sprawiedliwość. Immanentną cechą życia bowiem jest jego ograniczoność w czasie. Nie ma nas przez całą wieczność, potem rodzimy się, oddychamy, żyjemy, dana nam jest wolność wyboru… i znowu udajemy się na spoczynek. Na naganę zasługuje to, że ludzie trwonią ten króciutki, dany im odcinek czasu na strach i obawy przed śmiercią. Nierozsądne jest obawiać się spokoju, który następuje po życiu. Pomyślmy tylko, ile to razy tęsknimy do prawdziwego spokoju. Każdy czuje, że znajdzie go po śmierci, i powinno to być pociechą nawet dla tych, którzy nie wierzą w nieśmiertelność duszy. Ja mocno wierzę w to, że duch trwa. Wierzę w Boga, wierzę, ponieważ czuję Jego obecność przede wszystkim w chwilach wielkiej rozpaczy. Wierzę, ponieważ On mi pomógł, ponieważ Go potrzebuję, ponieważ On napełnia mnie mocą. Wystarczy natężyć duchowe siły, by poczuć, że On jest tutaj. Kiedy moja matka czekała na operację, byłam zrozpaczona. W dniu zabiegu wstałam o czwartej rano, poszłam do kościoła i otworzyłam przez Bogiem moje serce. Znalazłam książkę ze starymi pieśniami kościelnymi, czytałam teksty nie słyszane od lat, stare i bardzo piękne. Wybawicielu zgubionych, czytałam, Ucieczko chorych… i nagle te słowa nabrały dla mnie znaczenia. Po kilku godzinach spędzonych w starym, gotyckim kościele spłynęła na mnie wielka ulga, teraz byłam spokojna, wiedziałam, że operacja się powiedzie. Tak też się stało. Śmierć to szczególna sprawa. Ktoś, kto umiera świadomie, nie boi się. Moja babka mieszkała w małej miejscowości; łączyły ją więzy przyjaźni z tamtejszym lekarzem, który dożył prawie stu lat. Dla całej wsi był jak ojciec i matka, ponieważ przez kilka pokoleń pomagał przychodzić ludziom na świat i opiekował się nimi przez całe życie. Każdej niedzieli widziano, jak siedzi w gospodzie, wciąż żwawy mimo swojego wieku. Miał poczucie humoru, potrafił świetnie opowiadać; wydawało się, że świat jest w porządku, póki on jada w niedzielę swoją pieczeń wołową z warzywami. Przed kilku laty odwiedziłam tę wieś. Była niedziela i poszłam do gospody. Doktora nie było. Powiedziano mi, że niedawno zmarł. Dowiedziałam się także, jak umierał: poprosił, aby zgromadziła się cała rodzina, i rzeczowo, zupełnie jakby prowadził wykład z medycyny, tłumaczył, co dzieje się w jego organizmie, który organ przestaje właśnie pracować i jak długo wytrzyma jeszcze serce. Odmówił wzięcia środka odurzającego. „Nie mam najmniejszego zamiaru oświadczył. Tak wielu ludziom towarzyszyłem przy śmierci, teraz chcę wreszcie wiedzieć, jak to jest”. Do końca zachował pełną świadomość i opanowanie, nie bał się; był zafascynowany tym, że oto przekracza próg tajemnicy, która towarzyszyła mu całe życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *