Im więcej potrafimy, tym więcej możemy przekazać naszemu dziecku

Jeśli jednak ktoś mimo to pragnie mieć dzieci w młodych latach, bezwzględnie powinien przedtem zdobyć zawód. Młodzieńczy entuzjazm nie wystarczy. Dziecko potrzebuje również intelektualnego przewodnictwa. Głupstwa, które młodzi, niedoświadczeni rodzice opowiadają często swoim dzieciom, są dla nich potem obciążeniem nie tylko w szkole, ale i w życiu. Wychowywanie dziecka wymaga ogromnej odpowiedzialności. Szkody powstają bardzo szybko. O wiele szybciej, niż się sądzi. Na zakończenie zabawny przykład. Nasza sąsiadka, matka dwóch dorosłych synów, w wieku czterdziestu siedmiu lat dostała nagle bólów żołądka, męczyły ją napady mdłości. Poszła do lekarza, który zaczął ją leczyć na wrzody. Niestety, nic nie pomagało; wtedy lekarz oświadczył, że prawdopodobnie jest to przedwczesne klimakterium. W pięć miesięcy później sąsiadka urodziła zdrowego chłopaka. Bez żadnych komplikacji. Jeszcze nie ustały rodzinne dyskusje na ten temat, kiedy szukając w rozmaitych książkach natrafiłam na informację, że babka Mary Wortley Montagu, żyjąca w XVII wieku, wyszła za mąż dopiero mając czterdzieści pięć lat, miała dzieci i aż do dziewięćdziesiątego szóstego roku życia pozostała damą pełną wigoru i dowcipu, cenioną i pożądaną w towarzystwie; że osiemnastowieczna powieściopisarka, Frances Burney, mając czterdzieści lat poślubiła pewnego francuskiego oficera i w rok później urodziła syna. Kiedy się nad tym wszystkim zastanawiałam, przyszła z Nowego Jorku wiadomość, na którą czekaliśmy od dawna.

Macierzyństwo w późnym wieku nie zagraża karierze

A teraz kilka słów na temat pracy zawodowej. Bardzo młoda kobieta, która wkrótce po rozpoczęciu pracy rezygnuje z niej, by poświęcić się wychowaniu dzieci, ma potem  trudności z ponownym podjęciem działalności zawodowej. Przeważnie nie pracowała dostatecznie długo, aby zdobyć jakieś specjalne kwalifikacje, a pewnego rodzaju rozprzężenie i gnuśność, w jakie popada się, siedząc w domu, sprawia, że trudno jej z powrotem podporządkować się dyscyplinie pracy. Natomiast kobieta, która czuje się pewnie w swoim zawodzie, która zdołała wyrobić sobie pozycję w pracy, nie traci nic, jeśli w wieku trzydziestu kilku lat wycofuje się z działalności na rok czy dwa; stała się bowiem częścią firmy. Jeśli prowadzi niezależną działalność, ma już własny krąg klientów. Udowodniła, że jest osobą godną zaufania, i z radością zostanie przyjęta z powrotem. Pozycja takiej kobiety zazwyczaj pozwala jej tak rozplanować zajęcia, iż nie tracą na tym ani dziecko, ani praca zawodowa. Może sobie również pozwolić na zaangażowanie pomocy domowej do wykonywania najbardziej czasochłonnych prac domowych. Jakie wnioski można wyciągnąć z tych rozważań? Po pierwsze: kobieta, która w wieku dwudziestu pięciu lat nie ma ochoty mieć dzieci, powinna spokojnie poczekać dziesięć lat. Jeśli i potem nie ma na to ochoty, niech po prostu zrezygnuje. Dzisiaj nie potępia się kobiety za to, że nie ma dzieci. Stosunek do tych spraw zaczął się zmieniać. Gatunkowi ludzkiemu nie grozi wymarcie wręcz przeciwnie, świat stoi przed groźbą przeludnienia. Nowe hasło to jakość, a nie ilość. Lepiej mieć mniej dzieci, lecz wychowywać je z miłością i w dobrych warunkach. Lepiej później zostać matką, ale za to z większym zapałem angażować się w swoje zadanie. Posiadanie dzieci to wspaniała sprawa. Ale uświadamiamy to sobie naprawdę dopiero będąc ludźmi dojrzałymi. Dopiero wtedy dostrzegamy, że dziecko to cud stworzenia, a nie jedynie twór natury.

Dzieci są dziećmi nawet wtedy, kiedy mają po osiemnaście lat

Zapytałam, jakie są teraz jej stosunki z dziećmi? „Normalne”, odpowiedziała. Podczas roku szkolnego mieszkają w miasteczku uniwersyteckim, przez wakacje pracują, żeby zarobić trochę pieniędzy. Do domu przyjeżdżają tylko na święta, i to też nie zawsze. Mają już plany na przyszłość: córka chce się osiedlić w Kalifornii, młodszy syn pragnie po ukończeniu studiów wyjechać do Europy. Czy nie boli ją to, że dzieci, kiedy tylko wylecą z rodzinnego gniazda, chcą się osiedlać tysiące mil od rodzinnego domu? Nie, absolutnie nie. „Ameryka to ogromny kraj powiedziała mi. A ludzie tutaj są ruchliwi. Nie znam dzieci, które w wieku dwudziestu lat mieszkałyby jeszcze z rodzicami”. Nie jest również przyjęte, aby młody człowiek towarzyszył matce do kina czy teatru, czy z własnej woli jechał z rodzicami na urlop. Dla niej to najzupełniej normalne. Sama jeździ do matki raz na rok spełnia swój obowiązek. To musi wystarczyć. Bardzo to smutne, kiedy o dzieciach mówi się jak chorobie zakaźnej, którą się przeszło. Dzieci są dziećmi nawet wtedy, kiedy mają po osiemnaście lat. Także dwudziestolatek potrzebuje pomocy i rady rodziców, a nawet koło trzydziestki, kiedy wreszcie powoli zaczynamy rozumieć świat, rada i doświadczenie rodziców wciąż bardzo nam się przydają. Starsze wiekiem matki doskonale zdają sobie z tego sprawę. I chętnie pozostają matkami przez całe życie. Coraz więcej socjologów, psychologów, nauczycieli, lekarzy, a przede wszystkim lekarek jest zdania, że najkorzystniej jest rodzić dzieci pomiędzy trzydziestym a czterdziestym, a nie pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem życia. To, co dla młodej, dwudziestoletniej matki jest trudnym obciążającym obowiązkiem, dla dojrzałej, świadomej kobiety jest wspaniałym zadaniem, któremu poświęca się z ochotą i radością. Jednak dość powszechna jest opinia (podzielana również przez młode matki), że kobiety starsze wiekiem nie mają siły na wychowanie dzieci. Jest to rozumowanie z gruntu błędne. Ktoś, kto w wieku dwudziestu paru lat zajmował się kilkorgiem małych dzieci, w wieku czterdziestu zapewne nie będzie w stanie zaczynać wszystkiego od początku. Ale kobieta, która nie zużyła swoich sił w młodości, z całą pewnością będzie miała później wystarczająco dużo i siły, i chęci, aby wychowywać dzieci. A jej dodatkowym atutem będzie doświadczenie i mądrość.

Tymczasowa matka koszmar dla dziecka

Podczas rozmowy z młodymi kobietami, mającymi małe dzieci, nieodmiennie pada zdanie: „Jak już dzieci podrosną, to wreszcie zacznę coś robić, będę miała czas dla siebie, będę podróżować, zrobię prawo jazdy, pójdę do pracy, nareszcie będę miała własne pieniądze…” i tak dalej. Niezależnie od tego, jak bardzo te matki kochają swoje dzieci, zawsze mówią o momencie osiągnięcia przez nie dorosłości jako o momencie wyzwolenia. Lecz taka postawa, pojmowanie macierzyństwa jako obowiązku, od którego prędzej czy później będzie można się uwolnić, często prowadzi do skrajności. Podczas jakiegoś międzynarodowego kongresu poznałam pewną Amerykankę, mieszkającą w Nowym Jorku. Miała około czterdziestu pięciu lat. Wcześnie wyszła za mąż i pomiędzy dwudziestym drugim a dwudziestym czwartym rokiem życia urodziła dwoje dzieci. Trzy lata przed naszym spotkaniem powróciła do pracy zawodowej. O poprzednim okresie swojego życia, kiedy zajmowała się domem i wychowaniem dzieci, mówiła z największą niechęcią. Naprawdę jednak zaszokowało mnie następujące zdanie: „Kiedy byłam jeszcze matką, w ogóle nie miałam własnych pieniędzy. Najchętniej zapomniałabym o tych latach”. Słowo „byłam” zawiera w sobie wszystko. Oto miałam przed sobą kobietę, która czuła się matką tylko tak długo, jak długo dzieci pozostawały w domu. Wypełniała swoje obowiązki przez całe osiemnaście lat. Ale ani dnia dłużej. Kiedy dzieci się wyprowadziły, odrzuciła wszystko, co ma związek z macierzyństwem, i z całą energią zabrała się do nadrabiania tego, na co do tej pory nie miała czasu.

Najlepsza przyjaciółka jest złą matką

Przykłady można mnożyć. Dla dziecka taka sytuacja jest okropna, dla matki tragiczna. Niedaleko mnie mieszka pewna elegancka rozwódka z dwiema córkami. Ma około trzydziestu pięciu lat, córki piętnaście i siedemnaście. Wyszła za mąż w wieku osiemnastu lat, mając dziewiętnaście urodziła pierwsze dziecko i musiała porzucić marzenia studiach i karierze korespondentki zagranicznej podróżującej po świecie. Rywalizacja między tymi trzema kobietami jest tak silna, że wprawia w nieprzyjemne zażenowanie nawet osoby trzecie. Matka, w pogoni za utraconą młodością, stara się dowieść, że ma u mężczyzn większe powodzenie niż córki. Naturalnie, że ma. Ale to jej nie wystarcza. Przy każdej okazji opowiada, ile to razy wzięto ją i córki za siostry, że ma dokładnie taką samą figurę jak starsza córka może nosić jej sukienki, że nigdy nie „zgrywała” się na matkę przed swoimi dziećmi i że obie dziewczyny same odpowiadają za siebie. W ciągu ostatnich czterech lat matka czterokrotnie zmieniała przyjaciela. Córki już dawno nie przyprowadzają do domu żadnych znajomych, ponieważ matka natychmiast zaczyna z nimi flirtować. Córki nie pozostają dłużne i kokietują jej aktualnego przyjaciela; ten opowiada o tym matce awantura gotowa. Obie dziewczyny źle się uczą. Starsza jakiś czas temu opuściła dom i przeprowadziła się do ojca. Po dwóch miesiącach razem ze swoim chłopakiem wynajęła mieszkanie. Kontakty z matką zerwała całkowicie. Młodsza córka mieszka jeszcze z matką. Niedawno spotkałam je na ulicy. Zrobiły zakupy na weekend i szły obładowane ciężkimi torbami. Dziewczyna wyprzedziła matkę w drzwiach, wytrącając jej przy tym z ręki siatkę z zakupami. Nie możesz uważać? fuknęła matka ze złością.
Odczep się! odburknęła córka. Tyle na temat: „Matka najlepszą przyjaciółką”. Inna moja znajoma, która urodziła córkę mając dwadzieścia dwa lata, nie mogła się powstrzymać przed braniem udziału we wszystkich urodzinach czy dziecięcych przyjęciach, które wydawała dziewczynka. Zachowywała się przy tym bardziej dziecinnie niż zaproszeni goście córki.

Lęk przed słowem „matka”

Claudine to zapewne wyjątek, ale jest wystarczająco wiele młodych kobiet, które nie są w stanie wziąć na siebie macierzyńskiej odpowiedzialności. Można to poznać przede wszystkim po tym, że czują lęk przed słowem „matka”. Ich dzieciom nie wolno mówić do nich „mamo” czy „mamusiu”, muszą zwracać się po imieniu, tak jakby chodziło o zwykłą krewną czy koleżankę. Ile przy tym traci dziecko bo przecież jest tylko jeden człowiek na świecie, którego mogą nazwać matką nie sposób im żadną miarą uzmysłowić. Kobieta, która wymaga od swoich dzieci, aby zwracały się do niej: „Magdo” czy: „Aniu”, potrafi odgrywać jedynie rolę przyjaciółki. Pod hasłem: „Jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami” kryje się wówczas taki właśnie słabiutki związek z dzieckiem. Dziecku nie jest potrzebna dodatkowa przyjaciółka. Ma ich dość na podwórku czy w szkole. Aby w miarę szczęśliwie i zdrowo wzrastać, dzieci potrzebują oparcia, potrzebują dorosłego człowieka, który by o nie dbał i chronił je, a także dawał im odczuć pewną przewagę i traktował je z konsekwencją. Dziecko traci zaufanie do matki, która udaje, że jest na tym samym poziomie, co ono. I naturalnie dzieci absolutnie nie pragną, aby rodzice wtajemniczali je we własne problemy, czy może jeszcze pytali o radę. Tego rodzaju zachowanie tylko obciąża dzieci, które przecież mają i tak dość własnych problemów. Dzieci są o wiele bardziej wrażliwe, niż się powszechnie uważa. Dorośli, którzy nie potrafią uchronić swoich dzieci przed niepotrzebnymi troskami, którzy chcą być tylko przyjaciółmi, a nie rodzicami, wychowują neurotyków. Ponadto tego rodzaju związek przyjaźni ma bardzo krótki żywot. Załamuje się najpóźniej w okresie dojrzewania. Córka staje się małą kobietką; ponieważ przeważnie jest obarczona kompleksami, pragnie udowodnić przed wszystkimi swoją wartość właśnie jako kobieta. Wtedy zaczyna się walka. Matka jest przeważnie jeszcze zbyt młoda, aby znosić spokojnie bezpośrednią bliskość innej kobiety i… z dobrej przyjaciółki staje się nagle rywalką.

Blada, młodziutka, czternastoletnia dziewczynka

Pewnego razu, latem, zaprosiła gości na wieczorne przyjęcie. Zebrało się około dwudziestu osób; obecny był także młody poeta, który czytał fragmenty swoich utworów. Była prawie jedenasta w nocy, kiedy nagle otworzyły się drzwi jednego z pokojów gościnnych i ukazała się w nich blada, młodziutka, może czternastoletnia dziewczynka. Rozejrzała się wokoło, szukając kogoś wzrokiem. Claudine poderwała się jak oparzona, złapała dziewczynę za ramiona, wepchnęła ją z powrotem do pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Dziesięć minut później pojawiła się z powrotem. Kto to był? zapytałam zaciekawiona. Ach, to tylko moja siostrzenica odpowiedziała Claudine. Dlaczego nie dasz jej posłuchać? Ona nie ma pojęcia o poezji, tylko by nam przeszkadzała. Potem, kiedy pomagałam zanosić z kuchni do pokoju wielkie półmiski z sałatami, ryżem i krabami, wspomniałam mimochodem mężowi Claudine, że nie wiedziałam o odwiedzinach tej siostrzenicy ani o tym, że Claudine ma w ogóle jakąś siostrę czy brata. Bo nie ma odparł. Mam już po dziurki w nosie tych jej kłamstw. Dziewczyna, którą widziałaś, to jej córka z pierwszego małżeństwa. Sposób, w jaki Claudine ją traktuje, jeszcze doprowadzi nas do rozstania. Już nie mam siły jej tłumaczyć. Normalnie mała jest w internacie, ale teraz są wakacje. Pojutrze jedzie do dziadków, tam będzie przynajmniej po ludzku traktowana.

Odrzucona córka

W Paryżu znałam pewną malarkę o imieniu Claudine. Była kobietą o wyjątkowej urodzie, miała subtelną twarz, smukłe ciało, błyszczące, brązowe oczy, poruszała się z wdziękiem i elegancją. Jej mieszkanie było urządzone z artystycznym smakiem. Ubierała się szykownie i z gustem, jej mąż zarabiał świetnie fotografując dla magazynów mody oboje byli uosobieniem pojęcia beautiful people (piękni ludzie). Kiedy poznałam Claudine, miała trzydzieści sześć lat. Czasami przyjeżdżała po mnie do biblioteki, i jeszcze dzisiaj widzę ją, jak opiera się o mur przy bramie wjazdowej, szczupła jak chłopiec w swoich niebieskich dżinsach, w czapce z daszkiem nasuniętej na czoło, młoda, świeża
beztroska. Claudine często wydawała przyjęcia, wszyscy bili się o zaproszenia. Była znakomitą gospodynią i za każdym razem potrafiła odpowiednio dobrać ludzi. Zawsze było wesoło, a jej mały szorstkowłosy jamnik Jonny dbał o niespodziewane atrakcje: ukryty za długimi storami czekał cicho, by wyskoczyć z głośnym ujadaniem w najmniej odpowiednim momencie. Latem chętnie załatwiał swoją małą potrzebę z balkonu na ulicę, zimą także na dywanie w salonie, jeśli uznał, że poświęca mu się zbyt mało uwagi. Claudine miała jedną poważną wadę: kłamała jak najęta. Przede wszystkim w kwestii swojego wieku. Tylko długoletnie przyjaciółki wiedziały, że ma ponad trzydzieści lat. Większość jej znajomych sądziła, że ma koło dwudziestu pięciu.

Wspominam dzieciństwo jako okres bardzo szczęśliwy

Nigdy też nie usłyszałam zdania: „Nie mam teraz czasu”. Matka zawsze miała dla mnie czas, chociaż prowadziła dom od kiedy skończyłam osiem lat pracowała na pół etatu. Wspominam dzieciństwo jako okres bardzo szczęśliwy; nigdy nie brakowało mi poczucia pewności i bezpieczeństwa. Wiek matki nie był żadnym problemem. Podobnie jak inne matki odbierała mnie ze szkoły i nikomu nie przyszło do głowy powiedzieć: „A twoja mama jest starsza niż moja”. Nikt nigdy nie próbował poruszyć tego tematu. Jedyna różnica pomiędzy mną a moimi koleżankami polegała na tym, że ja zwierzałam się matce ze wszystkich najbardziej intymnych tajemnic. Wiedziałam, że mnie zrozumie. Jednak największa korzyść z posiadania starszej matki leży w tym, że dziecko wyzbywa się obawy przed starością. Kiedy ja miałam dziesięć lat, matka miała pięćdziesiąt dwa, była pełna humoru, witalności, miała wysportowaną figurę. Kiedy miałam dwadzieścia, odkryłam, że również sześć- dziesięciodwuletnia kobieta wcale nie jest stara, a teraz, mając lat trzydzieści siedem, wiem, że nie ma żadnej przyczyny, aby bać się liczby siedemdziesiąt dziewięć. Więcej o tym w rozdziale „Samotność ludzi starych, czyli o babciach i wytwornych starszych paniach”. Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Starsza matka całkowicie akceptuje swoje dziecko. Nie czuje się w żaden sposób
zagrożona przez dorastającą córkę. Podczas gdy młoda matka rozpacza, że ma już prawie dorosłe dziecko, dojrzała kobieta cieszy się, że jeszcze ma w domu nastolatkę. I oczywiście dziecko dostrzega różnicę. Zresztą ten problem jest o wiele głębszy, niż się wydaje. Młoda matka chce przede wszystkim pozostać młoda. Wygląda młodo chce być za taką uważana. Lecz dzieci są widocznym dowodem na to, że nie jest już wolna i niezależna, że nie jest już dziewczyną, lecz kobietą, kobietą obarczoną obowiązkami i odpowiedzialnością. Naturalnie jest wiele młodych matek, które radzą sobie z tym problemem doskonale. Ale jest także wiele takich, które sobie nie radzą. Oto przykład:

Koniec z „nie zadawaj głupich pytań”

„Dzieci dojrzałych rodziców są bardziej inteligentne powiedziała mi słynna rumuńska lekarka i gerontolog, doktor Aslan, kiedy w drodze na kongres w Ameryce Południowej zatrzymała się w Wiedniu. Nie ma w tym nic dziwnego. Dojrzałe matki mają bowiem wszystkiego więcej. Więcej czasu, więcej zaufania do siebie, więcej rozsądku, pieniędzy i odpowiedzialności. Rezultat musi być pozytywny”. Od dawna już wiadomo, że dzieci dojrzałych rodziców lepiej radzą sobie w szkole. Zazdrośni złośliwcy ukuli nawet odpowiednie określenie: „stary malutki” mówi się o dziecku, które wie więcej niż jego rówieśnicy. I chociaż określenie to w swej wymowie ma być pejoratywne, to jest w gruncie rzeczy komplementem. Mądrości przecież nigdy za dużo, a im wcześniej się zaczyna, tym lepiej. Dlaczego dzieciom starszych rodziców jest łatwiej w szkole? Po prostu dlatego, że na swoje pytania otrzymują stosowne odpowiedzi. Moja matka miała czterdzieści dwa lata, kiedy mnie urodziła. Przez całe dzieciństwo nigdy nie usłyszałam zdania: „Nie zadawaj głupich pytań!” Kiedy chciałam coś wiedzieć tak długo i cierpliwie mi to tłumaczyła, aż byłam zadowolona z odpowiedzi. Zawsze otrzymywałam od niej pomoc, jeśli tylko była mi potrzebna: począwszy od prac domowych, a skończywszy na lekcjach fortepianu. Korzystałam również na tym, że matka mogła mi przekazać pewien zasób wiedzy o życiu udzielić rad, których młode matki nie są w stanie dać swoim dzieciom z tej prostej przyczyny, że brak im doświadczenia.