Kobiety są zbyt łatwowierne

Tak właśnie trzeba! To jest to, co powinna umieć każda kobieta: pokazywać swoje zalety, akceptować swoją urodę. Wielkie TAK dla samej siebie. Reszta nie ma znaczenia. Świat musi się nawrócić. Nie ma już miejsca na tradycyjne uprzedzenia. Wszystko się zmienia, nie musimy za wszelką cenę podporządkowywać się modzie, wysokie kobiety równie łatwo znajdują mężów jak małe, a cienkie włosy nie są gorsze od grubych. Przeciwnie. Cienkie włosy są jedwabiste, bardziej błyszczące, niezwykle przyjemne w dotyku. właśnie na przykładzie stosunku do cienkich włosów można znakomicie pokazać, jak łatwo kobiety dają się wpędzić w kompleks niższości. Wszyscy jeszcze pamiętamy kampanię, jaką przez lata całe prowadzono przeciwko takim włosom. Cienkie włosy to według zdania ówczesnych ekspertów prawdziwy dopust boży. Nieodwołalny werdykt brzmiał: obciąć i zrobić trwałą. Uważali tak niemal wszyscy fryzjerzy. A dlaczego? Ponieważ łatwiej układać skomplikowane fryzury z grubych włosów niż z cienkich. Ponieważ przy grubych włosach nie trzeba się napracować. Tłem tej całej nagonki było więc najzwyklejsze wygodnictwo. Nie ma żadnego powodu, aby wstydzić się cienkich, jedwabistych włosów, nie ma też potrzeby ścinania ich na krótko. Pamiętajmy o jednym: opinia tak zwanego fachowca to nie nakaz dany od Boga, któremu trzeba się bezwarunkowo podporządkować.

Ponura mina nie dodawała uroku jej osobie

Aurora siedziała na podłodze, ubrana była w szare sztruksowe spodnie i beżowy pulower; zapisywała coś w notatniku. Włosy miała niezbyt starannie podpięte dwoma grzebieniami, a ponura mina nie dodawała uroku jej osobie. Ale Aurora nie byłaby Francuzką, gdyby mimo wszystko nie starała się zrobić reklamy sobie i największym atutom swojego ciała. Proszę zwrócić uwagę: siedziała wprawdzie na podłodze, ale tak, aby każdy od razu mógł zauważyć jej małe, ślicznie wymodelowane stopki. Te stopki tkwiły w piekielnie drogich pantofelkach z błyszczącej, najdelikatniejszej skórki, takich jakie można podziwiać w eleganckich paryskich salonach obuwniczych. Niezależnie od tego, co Aurora robiła, czy chodziła, czy siedziała na sofie z nogą założoną na nogę, czy też przykucała na podłodze, jej małe delikatne stopki zawsze rzucały się w oczy. Zwróciły nie tylko moją uwagę. Kiedy po wywiadzie rozmowa zeszła na
Aurorę Josąuiss, nasz fotograf, który nie usłyszał dokładnie, o kogo chodzi, zapytał: „O kim mówisz? Masz na myśli tę blondynkę o pięknych stopach?”

Trzeba się uczyć od Francuzek

Czy w tej sytuacji można jeszcze mieć jakiekolwiek obawy? Oto kobieta, którą właściwie należałoby uważać za brzydką. A co robi mężczyzna? Marzy o jej ponętnych plecach. To było dla mnie wspaniałe odkrycie. Nagle zrozumiałam, w czym rzecz. A moje przekonanie pogłębiło się jeszcze podczas sześcioletniego pobytu w Paryżu. Otóż Francuzki nie są w żadnym razie piękniejsze niż Niemki, Austriaczki, Włoszki czy Amerykanki. Ale mają nad nimi wszystkimi jedną przewagę: mianowicie potrafią pokazać w tak korzystnym świetle zalety swojego ciała i urody, że zupełnie nie zauważa się tego, co jest w nich mniej piękne. Nawet jeśli są brzydkie jak noc, a mają tylko piękną szyję, to potrafią sprawić, że wszyscy będą tę szyję podziwiać. Posłużę się przykładem: Znany francuski reżyser filmowy Claude Chabrol przybył do Austrii, aby nakręcić czwarty odcinek serialu telewizyjnego o Fantomasie. Towarzyszyli mu Helmut Berger, Gayle Hunnicut wraz z wypróbowaną ekipą operatorów oraz Aurora Josquiss, sekretarka planu. Aurora jest wprawdzie dziewczyną o miłej aparycji, ale nie można jej nazwać oszałamiającą pięknością. Nieufna w stosunku do obcych, broni Chabrola przed dziennikarzami z tą samą zajadłością, z jaką pies broni kości przed kundlem sąsiada. Chabrol obiecał mi wywiad; kiedy zjawiłam się na miejscu kręcenia zdjęć, przyjęła mnie chmurna jak zwykle Aurora. Filmowano w starym, pełnym kurzu pałacu przy wiedeńskiej Ringstraße. Panował zwykły na planie filmowym chaos, kilometry czarnych kabli pokrywały podłogę, generator hałasował, reflektory oślepiały, kamera przesuwała się po szynach, ustawiano rekwizyty.

Nie ma recepty na urodę

Jeśli kobieta sama nie uważa się za piękną i godną pożądania, od razu to po niej widać; taka kobieta nie ma powodzenia u mężczyzn, w łóżku jest skrępowana i ma kompleksy, co automatycznie odbija się na zachowaniu partnera. Aby tego uniknąć, trzeba się nauczyć akceptować swój własny, indywidualny typ urody. Z pewnością jest to możliwe. I nie ma się czego obawiać naturalna skłonność obu płci do siebie jest silniejsza niż chwilowe upodobanie do małych i pulchnych kobiet, czy do dużych i wysportowanych, upodobanie, które w dodatku jest wynikiem manipulacji i mody. Dzisiaj nie ma się co przejmować kategoriami takimi, jak kobieca, czyli piękna albo niekobieca, czyli brzydka, obowiązującymi przez całe stulecia. Upodobnianie się do określonego prototypu kobiety, który właśnie jest modny, to głupota i strata czasu. Lepiej spożytkować tę energię na to, aby jak najlepiej prezentować swój własny typ urody. Zresztą upodobania mężczyzn są w tej dziedzinie naprawdę zdumiewające. Oto przykład: Pewien mój znajomy, pochodzenia kana- dyjsko-austriackiego, zajmujący się handlem dziełami sztuki, w wieku dwudziestu lat zakochał się w czarnej studentce, która była znacznie starsza od niego, miała czworo dzieci, została porzucona przez męża i korzystała z pomocy opieki społecznej. Przez kilka dni z rozrzewnieniem opowiadał mi
o tej kobiecie, o wspaniałych wspólnych przedpołudniach w łóżku, ojej namiętnym temperamencie i o tym, jak dobrze czuł się w jej towarzystwie. Kiedy zapytałam, jak wyglądała, dał mi odpowiedź, która zaszokowała mnie tak bardzo, że do dzisiaj pamiętam jej dosłowne brzmienie: „Miała wystający brzuch powiedział i obwisłe piersi. Ale nic sobie z tego nie robiła, a ja uważałem, że jest cudowna. I rzeczywiście taka była: miała najpiękniejsze plecy, jakie kiedykolwiek widziałem u kobiety”.

Figura albo twarz

Tak więc pewna moja sąsiadka powiedziała mi, kiedy miałam szesnaście lat: „Teraz jeszcze jesteś szczuplutka i zgrabna, ale po trzydziestce będziesz musiała wybierać: figura albo twarz”. Naturalnie uwierzyłam jej na słowo i przerażona i załamana w wyobraźni widziałam siebie to jako tłustą matronę o gładkiej twarzy, to znów jako szczupłą kobietę, ale za to z cerą pomarszczoną jak skórka wysuszonego jabłka. Muszę tutaj dodać, że w Austrii późnych lat pięćdziesiątych i wczesnych sześćdziesiątych główna różnica pomiędzy dziewczyną a kobietą zamężną polegała na dobrych dwudziestu kilogramach nadwagi tej drugiej. Tusza oznaczała wtedy koniec niezależności i młodości. Wszystkie moje znajome panicznie bały się utyć. Szczupłość była o wiele bardziej pożądana niż uroda. Perspektywa, że mając trzydzieści lat trzeba będzie stracić figurę, aby nie dostać zmarszczek, wisiała nad każdą kobietą jak wyrok śmierci. Naturalnie nie trzeba wcale wybierać czegokolwiek ani w wieku trzydziestu, ani czterdziestu, pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu lat. Nic nie zmienia się gwałtownie z dnia na dzień. A mimo to stale ktoś próbuje napędzać nam stracha. „No, poczekaj tylko, jak ci stuknie czterdziestka” oto magiczne zdanie, które powoduje, że nasza wyobraźnia zaczyna produkować przerażające obrazy. Przemysł kosmetyczny i reklamowy wykorzystują ten strach i opakowują go w praktyczne porady dla „pań po trzydziestce” albo dla „kobiety interesu po pięćdziesiątce”, a rezultat jest taki, że w końcu wierzymy, iż powab i wdzięk traci się z dnia na dzień, a między dwudziestym dziewiątym a trzydziestym, czy też między czterdziestym dziewiątym a pięćdziesiątym rokiem życia powstaje przepaść nie do przebycia, w którą każda z nas musi nieodwołalnie wpaść. A przede wszystkim nabieramy przekonania, że ciało nagle przestaje się rozwijać i że potem nie ma żadnej nadziei na jakiekolwiek polepszenie.
A taka szansa zawsze istnieje. Dopóki człowiek oddycha. Również mając sześćdziesiąt lat można poprawić swoją figurę, postawę czy biust dzięki gimnastyce. Nigdy nie jest na to za późno. Ciało nie jest tworem statycznym ani kiedy ma się siedemdziesiąt, ani kiedy ma się dwadzieścia pięć lat. Ciało żyje, a dopóki żyje, dopóty można nad nim pracować, poprawiać jego wygląd niekoniecznie za pomocą operacji kosmetycznych. Więcej o tym w dalszych rozdziałach. Najpierw jednak parę słów na temat indywidualnej urody.

Kilka uwag na temat biustu

Dyscyplina, odpowiednia ilość snu, umiarkowanie w jedzeniu, piciu i paleniu nie ma więcej reguł, aby zachować formę. Zimny prysznic po kąpieli jest korzystny, niekorzystne jest zbyt intensywne opalanie ciała. Kiedy żyje się w sposób naturalny i w niczym nie przesadza, nie ma powodów do nadmiernych obaw. Również ciąże nie zagrażają piersiom. Jeśli tylko nie pozwala się dziecku wisieć u piersi przez trzy lata, jak to jest w zwyczaju u niektórych czarnych plemion afrykańskich, nie może być mowy o deformacjach. Karmienie do dziesiątego miesiąca nie jest żadnym obciążeniem dla zdrowej kobiety. Jest to nawet o wiele zdrowsze niż sztuczne zatrzymywanie laktacji i ryzykowanie zapalenia gruczołów piersiowych. Jednak w czasie karmienia zimą, kiedy nosi się ciężkie płaszcze, dobrze jest używać biustonosza. Wiem, że o wiele łatwiej to powiedzieć, niż zrobić, ale spróbujmy wreszcie przeciwstawić się głupocie naszego otoczenia. Rozpacz mnie ogarnia, kiedy sobie przypominam te wszystkie jeżące włosy na głowie bzdury, które opowiadają niekiedy dorośli młodym ludziom; bzdury, wobec których młody człowiek jest całkowicie bezbronny, ponieważ brak mu doświadczenia, a zatem możliwości porównania z czymkolwiek innym.

Moda niezależna od wieku

Przez dłuższy czas mieszkałam w Paryżu i mogłam obserwować te przemiany z bezpośredniej bliskości. Przełom uzmysłowiłam sobie pewnego wieczoru, kiedy to na ekskluzywnym przyjęciu w rezydencji amerykańskiego ambasadora ujrzałam znakomicie sytuowane panie odziane w stroje, które za stosunkowo nieduże pieniądze można było nabyć w butikach przy bulwarze Saint Michel. W dodatku owe panie (które bynajmniej nie należały do najmłodszych) wyglądały w tych sukienkach naprawdę znakomicie. Przypominam sobie jeszcze dokładnie jeden z modeli. Była to mała wełniana sukienka, oliwkowego koloru, z długimi rękawami i haftowaną górą. Widziałam ją w witrynie niewielkiego sklepiku w pobliżu stacji metra Saint Michel kosztowała dwieście pięćdziesiąt franków. Owego wieczoru miała ją na sobie żona dyrektora Atlantic Institut. Pani owa była po pięćdziesiątce i wyglądała w tej sukience zachwycająco. Patrzyłam na nią z prawdziwą przyjemnością, a jeszcze większa radość ogarnęła mnie, kiedy pomyślałam o innych dojrzałych kobietach, gdyż był to dowód, że wreszcie zrozumiano, iż wesołe, kolorowe, nieco fantazyjne sukienki nie są jedynie przywilejem młodości, że wszystko jest dozwolone, nawet w późnym wieku, jeśli tylko komuś w tym do twarzy, jeśli tylko dobrze się w tym czuje. Czasy, kiedy pani po czterdziestce wolno było założyć jedynie wór pokutny czytaj: szary kostium szyty na miarę minęły bezpowrotnie.

„Wiotkość piersi jest zjawiskiem, które występuje dzisiaj u kobiet młodych i starych, u chudych i otyłych

Jeszcze w roku 1905 niemiecka lekarka Anna Fischer- -Diickelmann, która pochodziła ze starej rodziny lekarskiej i doktoryzowała się na uniwersytecie w Zurychu, pisała: „Wiotkość piersi jest zjawiskiem, które występuje dzisiaj u kobiet młodych i starych, u chudych i otyłych. Efekty noszenia gorsetu, takie jak niedorozwój gruczołów sutkowych oraz niedostateczny rozwój muskulatury, są tego godną ubolewania przyczyną”. Dlatego też Anna Diickelmann była fanatyczną zwolenniczką tak zwanego Ruchu Reform, który prowadził walkę o zniesienie gorsetu i propagował higieniczne ubranie dla kobiet. Kiedy tylko gorset zniknął, kobiecy biust odzyskał całą swoją urodę, jako że przeważająca część kobiet ma zgodnie z typem swojej budowy ładne i ponętne piersi. Jednak ten niezbity fakt dopiero teraz, ponad siedemdziesiąt lat później, doczekał się akceptacji społeczeństwa. Wyrazem tego są pewne trendy w modzie, szybko zdobywające popularność, jak choćby popyt na sukienki i bluzki, które nosi się bez biustonosza, niezależnie od wieku. Są to widome oznaki tego, że nie wstydzimy się już swoich ciał, że w końcu stałyśmy się na tyle pewne siebie, żeby pokazać: jestem piękna taka, jaką mnie Pan Bóg stworzył. Ten odwrót od dyktatu klasycznej mody, od zwyczaju sprzecznego z naturą sztucznego podnoszenia biustu jest niezmiernie pocieszający. Dzisiaj kupujemy chętnie stroje projektantów, którzy prezentują swoje modele w niewielkich butikach, którzy tworzą dla rzeczywistej kobiety, a nie dla bajkowej istoty. Ta moda jest wesoła, powiewna, kolorowa, ozdobiona haftami i falbankami, inspirowana narodowymi strojami z Indii, Afganistanu, Chin i Węgier. I, co w niej najlepsze, jest dobra dla każdego wieku.

Biust i gorset

Tyle ogólnie na temat niepewności kobiet. Pomówmy teraz o obiekcie specjalnej troski wszystkich pań o biuście. Należy tutaj powiedzieć jedno: kobieta, która ma ładny biust w wieku trzydziestu pięciu lat, będzie miała ładne piersi także za lat trzydzieści, pod warunkiem jednak, że prowadzi zdrowy tryb życia i unika dużych wahań wagi. Piękny biust jest bowiem przede wszystkim sprawą konstytucji fizycznej, a nie wieku. Jeśli biust nie jest jędrny, kiedy kobieta ma trzydzieści lat, to znaczy, że (w większości przypadków) nigdy nie był lepszy. Wiedzą to i lekarze, i zainteresowane panie. Tyle że te ostatnie nie chcą się do tego przyznać. Jest to najzupełniej zrozumiałe. Przynajmniej w wyobraźni pragną mieć to, czego odmówiła im natura. Dlatego mówią: „Ale kiedy miałam siedemnaście lat, to naprawdę było na co popatrzeć”. Jeśli słyszy to mężczyzna, od razu myśli sobie, że od dwudziestki kobiety tracą figurę. Jeśli kobieta, to wie, że chodzi tutaj o paraliżujący strach przed starością. Mit, że tylko bardzo młode kobiety mają ładne biusty, dzięki Bogu już zanika. Miał on jednak swoje historyczne uzasadnienie, obowiązujące przez około trzysta lat. Nazywało się ono gorset. W XVII, XVIII i XIX wieku świat mężczyzn wymagał od kobiet „kobiecej” figury, a więc podkreślenia piersi i bioder, co osiągało się bezlitośnie ściskając talię do połowy jej naturalnej objętości. Bardzo młode dziewczęta nie były poddawane tej torturze, ale gdy tylko nadszedł czas wejścia w towarzystwo, gdy tylko dojrzały do małżeństwa, musiały i one poddać się przymusowi noszenia gorsetu oraz związanym z tym przykrościom. Nie były one dla nikogo tajemnicą: spłycenie oddechu, dolegliwości wątrobowo-żołądkowe, skłonność do omdleń. Do tego dochodziło jeszcze zniekształcenie figury, ponieważ talia zamieniała się w nieestetyczną poodgniataną bruzdę, a piersi traciły jędrność i kształt.

Dlaczego kamera filmowa obdarza uczuciem czyjąś twarz

Ale Jane miała szczęście. Należy do tych wybranych. Czarami nazywa fakt, że jej rysy na celuloidowej taśmie wyglądają piękniej niż w rzeczywistości. Potocznie nazywa się to fotogenicznością. A fotogeniczni ludzie nie są żadnym zagrożeniem. Oszałamiające piękności rzadko spotyka się na tym świecie. Reżyserzy latami całymi szukają aktorek, które dobrze wychodzą na zdjęciach i mają talent zdolność kreowania świata pozorów, nakładania maski piękności (piękności, która tak naprawdę nie jest im dana) zawsze, kiedy się od nich tego wymaga. Nie tak łatwo je znaleźć, owe kobiety, a to, co nam ofiarowują, należy traktować jako sztukę. Nie jako wezwanie do rywalizacji. Od owego wieczoru u Maggie wiem, jak w rzeczywistości wyglądają tak zwane boskie piękności. Ani mi już w głowie porównywać się z kobietami z żurnali mód, z telewizji czy kina. Teraz wiem, że mierzyć się można tylko z realnymi ludźmi. W konkurencji ze światem pozorów żywy człowiek może tylko przegrać.