Twarz zrezygnowanej kobiety

Kiedy oglądałam się w lustrze, widziałam w nim twarz zrezygnowanej kobiety. Przestałam się sobie podobać, moje oczy straciły blask, wybuchałam płaczem z byle powodu. Wszystko było smutne, beznadziejne, a ludzie wydawali mi się nieszczęśliwi i godni pożałowania. Przypominam sobie doskonale, że kiedy w weekendy, podczas których on nie miał dla mnie czasu, samotnie wędrowałam ulicami, spoglądając na oświetlone okna, to za każdym z nich widziałam nieszczęśliwą, osamotnioną kobietę, która czeka na swojego męża. Miałam dopiero trzydzieści cztery lata, lecz życie straciło dla mnie wszelki powab i sens. W pół roku po rozstaniu przeprowadziłam się w tym czasie do Austrii wszystkie moje dolegliwości ustąpiły. O godzinie czwartej po południu nadal byłam w pogodnym nastroju, mogłam słuchać sentymentalnej muzyki, mogłam znowu grać na pianinie, nie wybuchając spazmatycznym płaczem przy pierwszych taktach. Włączałam radio o jedenastej w nocy, kiedy to w Austrii rozpoczyna się audycja „Muzyka do marzeń”. Przedtem już sam sygnał tej audycji powodował u mnie wybuch płaczu. Muzyka do marzeń była dla mnie muzyką do płaczu, nienawidziłam jej i bałam się. Nie mogłam jej słuchać. Pewnego wieczoru nie zdążyłam wyłączyć radia. Zabrzmiały pierwsze takty Last date i… nic się nie stało. Świat się nie zawalił, moje serce nadal biło spokojnie. Wtedy zrozumiałam, że najgorsze mam za sobą.

Lusterko prawdę ci powie

Wielką pomocą w uwolnieniu się od nieszczęśliwego związku jest lustro. Mnie pomogło niejeden raz. Jeśli chcę wiedzieć, jak mi się naprawdę powodzi, jaka jest moja kondycja psychiczna, wtedy spoglądam do lustra, przeważnie do małego, kieszonkowego lusterka, które zawsze noszę w torebce. „O, jaka promienna twarz! Chyba nie jest tak źle” mówię sobie. Albo: „Teraz widać, że jestem nieszczęśliwa. Trzeba coś zrobić”. I nagle stać mnie na działanie: budzi się instynkt samozachowawczy. Ostatnim razem było tak w Paryżu. Rozstałam się z mężczyzną, któremu byłam całkowicie wierna i oddana przez pięć lat. Decyzja była bardzo trudna, ale nie miałam wyboru. Czułam instynktownie, że następny rok tego związku zniszczy mnie całkowicie. Muszę jednak powiedzieć, że i tak miałam szczęście, gdyż rozpacz, bezsenne noce, kiedy on nie przychodził do domu, niepewność przyszłości, brak czułości ze strony mojego partnera i ciągłe kłótnie tylko w nieznacznym stopniu odbiły się na wyglądzie mojej twarzy. Za to miałam inne dolegliwości.
Punktualnie o czwartej po południu popadałam w depresję. Całymi dniami dręczyły mnie bóle w stawach w kolanach i biodrach tak silne, że wchodzenie po schodach stało się udręką. Podczas jazdy do Biblioteki Narodowej, kiedy musiałam przesiadać się w metrze i przemierzać długie, podziemne korytarze, każdy krok sprawiał ból, a kiedy trzeba było wchodzić po schodach, czasami musiałam obiema rękami trzymać się poręczy. Szczególnie bolesne było to zimą, gdy nosiłam ciężki płaszcz. Także schylanie się sprawiało mi trudność i rozpacz ogarniała mnie za każdym razem, kiedy coś wypadło mi z ręki na ulicy, gdyż musiałam próbować trzy, cztery razy, zanim udało mi się podnieść z ziemi klucze czy jakiś inny upuszczony przedmiot.

Przestać siedzieć w domu i litować się nad sobą

Nie iść bez zastanowienia do łóżka z pierwszym lepszym mężczyzną. Poszukać interesującej pracy, kształcić się, działać, próbować nowych możliwości, interesować się innymi ludźmi, nie zamykać się w sobie. W Ameryce, ale także w naszych wielkich miastach, polega to często na tym, aby wyjść poza zamknięty obszar przedmieścia, przenieść się do miasta, tam, gdzie czuć puls życia, tam, skąd można czerpać bodźce, i gdzie (co najważniejsze) można spotkać ludzi, którzy znajdują się w takiej samej jak my sytuacji. Oni istnieją, ci, którzy myślą podobnie, ale pierwsze kroki w ich stronę trzeba uczynić samemu. Wiele kobiet nie ma odwagi samotnie pójść do restauracji, kina, teatru czy na przyjęcie. Nie wiedzą, że nie ma nic bardziej interesującego, niż dama, która bez towarzysza pojawia się w drzwiach. Wszyscy mężczyźni natychmiast zwracają na nią uwagę, i ja sama nieraz denerwowałam się, kiedy mężczyzna, siedzący ze mną przy restauracyjnym stole, zaczynał snuć przypuszczenia: „Interesująca osoba. Kto to może być, dlaczego przyszła sama? Intrygujące, bardzo intrygujące”. A tymczasem samotnie siedząca kobieta ma wrażenie, że jest niepożądanym outsiderem wśród tylu par. Na tym właśnie polega największa trudność, którą trzeba pokonać zaraz na początku: dostrzec szanse, które się wyłaniają. Z wykorzystaniem ich nie będzie problemu.

Po rozwodzie wszystkie drzwi stają otworem

Kobieta, która zdecydowała się na rozwiązanie ostateczne, i która jest gotowa przez jakiś czas ponosić pewne wyrzeczenia, przekona się wkrótce, że samotność po zerwaniu nie dającego satysfakcji związku jest prawdziwym wyzwoleniem. Stwierdzi również, że jest bardzo wielu mężczyzn rozwiedzionych, rozwodzących się, wdowców czy kawalerów, którzy poszukują partnerki. Z chwilą, kiedy zdecydujemy się wyjść z zamkniętego kręgu określonych znajomości stale zapraszające się te same pary małżeńskie, w czym przeważnie wyczerpuje się social life większości małżeństw zaczynamy dostrzegać różnorodne możliwości, które oferuje nam życie. Naturalnie w pierwszym okresie po rozwodzie trwa on około dwóch lat nikt nie jest zdolny do głębszych związków. Lecz układy, w które się wchodzi, mają jakąś wartość przynajmniej pod względem fizycznym. Nowy przyjaciel, który zaprasza do domu, czyni to nie z przyzwyczajenia, lecz co najmniej jeśli już brak innych motywów z pożądania. A być pożądaną jako kobieta, być znowu zauważaną to po długim okresie złego związku prawdziwe dobrodziejstwo. Szybko można się przekonać, że wszystkie drzwi stają otworem przed osobą niezależną. Teraz znowu można przyjąć to, co ześle niebo a ześle niechybnie, jeśli tylko wyjść mu trochę naprzeciw.

Miłości, delikatności, zrozumienie

Albo łączą one dwoje ludzi, albo nie. Wprawdzie można zachowywać się wobec siebie z taktem
uprzejmością, a w najlepszym razie darzyć się nawet pewnym rodzajem przyjaźni, lecz to za mało, aby zachować urodę i młodość. Wiem to z własnego doświadczenia: niezależność jest korzystniejsza dla wyglądu niż życie w złym związku. Naturalnie potrzeba wiele siły, aby odejść od człowieka, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Na pomoc od partnera nie ma co w tym przypadku liczyć. Mężczyźni zachowują się w takich sytuacjach jak dzieci. Niechętnie dają sobie odebrać nawet nie kochaną i dawno nie używaną zabawkę. Z niespodziewaną zajadłością walczą o to, aby zatrzymać przy sobie kobietę, która chce ich opuścić. Jeśli nie posuwają się przy tym do brutalności fizycznej, to próbują szantażu psychicznego: straszą nędzą, samotnością, pustką w życiu. Wiele kobiet daje się zastraszyć i zostaje. Ale kto się boi, ten się starzeje, gdyż takie małżeństwo i tak nie będzie lepsze. Sprawa kończy się w najlepszym przypadku na dwóch tygodniach lepszego traktowania albo na wspólnym urlopie. Potem wszystko wraca do normy. Wiem to podkreślam jeszcze raz z własnego doświadczenia. Poza tym nie każdą kobietę stać na to, aby utrzymywać mężczyznę w ciągłej niepewności i zmuszać go w ten sposób do lepszego zachowania. Oznacza to bowiem konieczność uciekania się do kłamstw, udawania, grania komedii. Pomijając fakt, że inteligentny mężczyzna nie da się oszukać, jest to poniżające z całą pewnością nie prowadzi do upragnionego celu: zdobycia miłości partnera.

Kto jest kochany, ten zachowuje młodość

Najlepszą metodą, aby stracić młodość i urodę, jest trwanie w złym albo obojętnym, nic nie dającym związku, bez względu na to, czy jest to małżeństwo, wolny związek, czy też krótsze lub dłuższe współżycie z jakimś partnerem. Jeśli kobieta nie jest doceniana, podziwiana, kochana, jeśli żyje z partnerem, który na ulicy albo w towarzystwie zwraca uwagę jedynie na inne, jeśli czuje, że partner przestał jej pożądać, wtedy rezygnuje i starzeje się. Małżeństwa, które od początku nie układają się dobrze a są ich tysiące czy to ze względu na niedopasowanie fizyczne czy psychiczne, powinno się rozwiązać, zanim przyjdą na świat dzieci. Purytańska teoria „docierania się” jest moim zdaniem fatalna. Można ją jeszcze zaakceptować w odniesieniu do miejsca pracy, chociaż także w tym przypadku jest lepiej dla wszystkich, jeśli zainteresowany poszuka sobie innej posady, która będzie mu dawać więcej satysfakcji, i gdzie nie będzie narażony na konflikty z kolegami i przełożonymi. Jeśli jednak nie można znaleźć nic lepszego, trzeba próbować jakoś się przebić w danym miejscu. Jednak w odniesieniu do małżeństwa taka taktyka to właściwie samobójstwo.

Roztrząsanie problemu zmarszczek

Naturalnie potrzeba nieco czasu, aby to zrozumieć. Ja również traciłam w młodości drogocenny czas na roztrząsanie problemu zmarszczek. Miałam wtedy dwadzieścia pięć lat, byłam świeżo po ślubie i mieszkałam w Londynie. Podczas długich spacerów po Regents Street zaglądałam spotykanym ludziom w twarze i szukałam zmarszczek. Taka piękna, a już ma zmarszczki wokół oczu, myślałam, patrząc na tę czy ową kobietę. Pewnie jest dużo starsza ode mnie. Jednak moje obserwacje, którym oddawałam się przeważnie podczas przerwy na lunch (pracowałam wówczas tuż przy Piccadilly Circus), ujawniły zdumiewające fakty. Mianowicie zauważyłam, że są ludzie, którzy mimo zmarszczek wyglądają młodo, i tacy, którzy nie mają żadnych, a mimo to sprawiają wrażenie starych. Twarze tych, którzy wyglądali najstarzej, chociaż pewnie jeszcze nie byli starzy, były obwisłe, zwiotczałe, o niewyraźnie zarysowanej linii pod- i bródka. Dzisiaj wiem, skąd to się bierze. Jest to widomy znak rezygnacji, najgorszego wroga urody. Ponieważ ten, j kto rezygnuje, starzeje się. ] Rezygnacja to nic innego, jak odcięcie dopływu naturalnych sił, które w nas drzemią. Każdy zna określenie „wola życia”. Każdy lekarz wie o znaczeniu owej woli w krytycz- i nych sytuacjach po niebezpiecznych dla życia wypadkach, po ciężkich operacjach i każdy nieraz wypowiadał owo zdanie: „Teraz może pomóc już tylko wola życia”. Jeśli istnieje potrafi zdziałać cuda. Podobnie jest z wolą bycia młodym. W obu przypadkach jest to ta sama drzemiąca w nas energia. Trzeba jej tylko dać szansę, pozwolić, by się uaktywniła. Ten, kto rezygnuje, zostawia nie wykorzystane wielkie rezerwy energii, przegrywa, starzeje się na długo przedtem, zanim przyjdzie jego czas.

Pięćdziesiąt lat i ani jednej zmarszczki

A teraz o twarzy i o tym, czego każda kobieta obawia się najbardziej: o zmarszczkach. Powiedzmy od razu: nie każdy musi je mieć. I jeśli nawet są to wyjątki, to jednak zdarza się spotkać przykłady tak zwanej wiecznej młodości kobiety, które nawet w wieku pięćdziesięciu lat mają gładką, elastyczną skórę, i to bez kosmetycznych operacji. Ja również znam taką osobę. Jest to czarna Amerykanka, aktorka, która dzisiaj ma pięćdziesiąt jeden lat i ani jednej zmarszczki na twarzy. Zdradziła mi nawet swoją tajemnicę: żadnych grymasów, nie śmiać się za dużo, i każdego wieczoru wazelina pod oczy. Potem dodała jeszcze: „Wiem jedno. Dostanę zawału w dniu, w którym odkryję pierwszą zmarszczkę na mojej twarzy”. A na pytanie, czy rzeczywiście wpadłaby w popłoch, gdyby mając sześćdziesiąt lat dostała zmarszczek od uśmiechu, odpowiedziała: „Naturalnie. Nie chcę pokazywać światu, jak żyłam”. No cóż, moim zdaniem takie podejście jest błędne. Świat jest i tak wystarczająco bezosobowy, by trzeba to było jeszcze wzmacniać poprzez ukazywanie twarzy, które nic nie wyrażają. Mnie osobiście fascynują linie i bruzdy w twarzy człowieka, ponieważ są kluczem do jego życia tego obecnego i minionego. Ogólnie rzecz biorąc uważam twarze starszych ludzi za bardziej interesujące niż młode, i każdy artysta przyzna mi rację. Pamiętajmy o jednym: dopóki człowiek żyje i rozwija się wewnętrznie, duchowo, dopóty jego twarz pozostaje pełna wyrazu i żywa. A proces dojrzewania przynosi jedynie duchowe i cielesne zyski.

Należy to powiedzieć głośno i dobitnie

A oto odpowiedź, jakiej należy w takim wypadku udzielić: „Co to, chce mnie pani obrazić? Potrzebny mi tylko zwykły szampon. A jeśli jeszcze raz pozwoli sobie pani na jakąś niestosowną aluzję, nigdy więcej nie wejdę do tego sklepu”. Należy to powiedzieć głośno i dobitnie, i jeśli to możliwe w obecności kierownika sklepu. Gdy ten zorientuje się, że tego rodzaju taktyka sprzedaży nie odnosi skutku, obsługa znowu będzie uprzejma, a sprzedawczyni zapyta: „Czego pani sobie życzy”, nie używając słowa „problem”, jeśli nie usłyszy go najpierw z ust klientki. Kobiety muszą się bronić, muszą wierzyć w siebie. Jeśli ktoś powie kobiecie, że jest za stara, jej ręce są w gruncie rzeczy brzydkie, a typ urody, który reprezentuje, nie ma powodzenia, to w pierwszym odruchu uwierzy. Ciągle jeszcze tak jest. Ale to się musi zmienić. Nauczmy się cieszyć sobą. Każdy jest taki, jaki jest. Inni muszą to zaakceptować. Droga do sukcesu jest oczywista. Nie wolno uskarżać się na swoje braki (a tym bardziej zwracać na nie uwagi w towarzystwie), skoncentrujmy się raczej na tym, co posiadamy, nauczmy się wygrywać to jako kartę atutową, niezależnie od tego, czy są to plecy, ręce, włosy, czy szyja. A jeśli ktoś uważa, że fizycznie jest pozbawiony wszelkich powabów, ten niech pomyśli tylko, jakie wrażenie robi na płci przeciwnej mile brzmiący głos, eleganckie ruchy, piękny
oryginalny sposób wysławiania się. Z całą pewnością nie mniejsze niż zgrabny nos. Nie popadajmy w zwątpienie. W każdej kobiecie jest coś pięknego.

Zdumiewająca jest łatwowierność kobiet i naiwne zaufanie

Jakie okazują swoim lekarzom, fryzjerom, kosmetyczkom, krawcowym czy nawet zupełnie obcym ludziom, jak na przykład ekspedientkom w domach mody i perfumeriach. Kobiety gotowe są uwierzyć we wszelkie wmawiane im niedoskonałości ciała, które ma się rozumieć można zatuszować jedynie za pomocą drogich preparatów. Sklepy z kosmetykami to wylęgarnie kompleksów, a sposób obsługi klienta jeszcze się do tego przyczynia. Jeśli chcemy kupić szampon, sprzedawczyni nie pyta już, jakiej marki sobie życzymy, tylko kieruje zatroskany wzrok na głowę klientki i pyta: „Jakie problemy ma pani z włosami?” Jeśli odpowiemy, że żadnych, że chcemy po prostu mieć ładnie umyte włosy, sprzedawczyni będzie z pewnością niezadowolona. Dla niej każdy ma kłopoty z włosami. A pobłażliwy uśmiech i pełne sceptycyzmu spojrzenie natychmiast przekonają klientkę, że także jej włosy nie są w porządku: są suche jak słoma i łamliwe albo tłuste, załupieżone i bez połysku, zbyt rzadkie lub zbyt cienkie, i że w ogóle trzeba się nimi poważnie zająć.