Nareszcie można zdać się na siebie

Ale powróćmy do życia prywatnego. Gdzieś w okolicach trzydziestu pięciu lat odkrywamy nagle z ulgą, że potrafimy już polegać na własnym osądzie. W ten sposób oszczędzamy sobie wielu rozczarowań. Przede wszystkim przestajemy tracić cenny czas na mężczyzn, którzy zupełnie nie są dla nas. Jakże często spędzamy w młodych latach wieczory z mężczyznami, którzy w ogóle do nas nie pasują. Nie chcemy się tylko do tego przyznać. Silimy się na konwersację, gorączkowo próbujemy znaleźć jakiś temat, który zainteresowałby drugą stronę, staramy się zrobić jak najlepsze wrażenie, śmiejemy się z dowcipów, i w końcu, ponieważ to wszystko nic nie daje, mamy uczucie, że to z nami jest coś nie w porządku. Kobieta czterdziestoletnia tak się nie zachowuje. Jej wystarczy jedno spojrzenie, by wiedziała: ten mężczyzna nie jest dla mnie. I odwrotnie, już po półgodzinie rozmowy jest pewna: z tym mężczyzną mogę się porozumieć. Dojrzała kobieta ma większą szansę znalezienia partnera, który rzeczywiście do niej pasuje. Kto jest finansowo niezależny i zgromadził sobie pewną wiedzę o ludziach, ten nie chwyta się pierwszej lepszej możliwości. Naturalnie można mieć szczęście, w wieku dwudziestu lat wyjść za mąż i być do końca życia zadowoloną z wyboru. Ale stosunek szans jest tutaj jak jeden do tysiąca. A nawet jeden do dziesięciu tysięcy, jak twierdziła angielska pisarka, Mary Wortley Montagu, która z tego powodu przekonywała swoją wnuczkę do życia w panieństwie. Natomiast kobieta, która doznała niepowodzenia w małżeństwie i którą stać na niezależne życie, z pewnością zdobędzie się i na to, aby poszukać sobie czegoś, co dla niej najlepsze, najbardziej odpowiednie. Kobieta, która mocno stoi na własnych nogach, nie będzie się kurczowo trzymała byle jakiego związku. Ma dość siły, aby sobie powiedzieć, że lepiej przez pewien czas być samą, niż szarpać sobie nerwy z nieodpowiednim partnerem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *