Wiek nie był żadną przeszkodą

Ale potem usiadła do pianina. Zaczęła grać. Ojciec uśmiechnął się, potem wyciągnął nuty. Grała wszystko, co jej wskazał. Jeśli czegoś nie znała, grała prima vista. Ojciec był zachwycony wyciągnął skrzypce i oboje muzykowali ku radości wszystkich przez całe popołudnie, aż do późnego wieczora. Zaangażował ją natychmiast i Lisa pozostała w zespole aż do śmierci ojca w sześć lat później.
Gdyby Lisa Feldner napisała zwykłe podanie o angaż, ojciec prawdopodobnie nawet nie zaprosiłby jej na przesłuchanie. Kiedy się u nas pojawiła, miała dobrze ponad siedemdziesiąt lat. Ale wiek nie był dla niej żadną przeszkodą. Na podium, w eleganckiej, długiej sukni wyglądała doskonale, a jeśli chodzi o jej umiejętności, to są one bez zarzutu. Ma też wielką zaletę: nie zna fałszywej skromności. Gra jeszcze dzisiaj i pewnie będzie grała aż do chwili, kiedy w wieku stu lat padnie martwa przy fortepianie. Latem występuje z orkiestrą uzdrowiskową w pewnym kurorcie w Górnej Austrii, zimą w eleganckiej wiedeńskiej kawiarni. Podczas kilku tygodni wolnych od koncertów jeździ po świecie i odwiedza przyjaciół. Jak już wspomniałam, poznaliśmy ją, kiedy miała siedemdziesiąt lat. A podobno na starość nie zawiera się przyjaźni. To nieprawda. Lisa Feldner jest bardzo bliską przyjaciółką naszej rodziny, często się widujemy i odwiedzamy. I nie jesteśmy jedynymi, którzy utrzymują z nią kontakty. Na samotność Lisa nie może się uskarżać, to pewne.

Pianistka Lisa Feldner

W porządku powie ktoś samotność na starość to nieporozumienie. Świadczą o tym wszystkie przytoczone przykłady kobiet, które miały dzieci. Ale co się dzieje, jeśli ktoś nie ma rodziny i dzieci? Przecież wtedy jest o wiele ciężej. Nic podobnego. Znakomitym przykładem może być pewna starsza pani, nazwiskiem Lisa Feldner. Była ostatnią pianistką grającą u mojego ojca (ojciec był kapelmistrzem). Kiedy Lisa opowiada o swoim życiu, wszyscy słuchają z zapartym tchem.
Urodziła się w roku 1896. Rodzice posłali ją na pensję, gdzie uczyła się gry na fortepianie. Szybko zauważono jej nieprzeciętne zdolności i pozwolono studiować muzykę. Po zakończeniu nauki dostała się do wytwornej damskiej orkiestry, z którą jeździła po całym świecie. Objechała Europę, była także w Egipcie, Maroku, Tunezji. Grała w eleganckich lokalach i miała więcej wielbicieli niż pragnęła. Raz okazała słabość i poślubiła pewnego muzyka. Ale już po dwóch latach rozeszła się z nim. Pragnąc zacząć wszystko od początku, szybko nauczyła się gry na innym instrumencie: na trąbce. Zaangażowała się ponownie i wyruszyła na kolejne tournee. Kiedy ojciec poszukiwał pianistki, Lisa była akurat w Europie. Napisała krótki list. Była to najkrótsza prośba o angaż, jaką ojciec kiedykolwiek otrzymał. Nie zawierała nawet daty urodzin. Lisa napisała w niej, że za dziesięć dni przybędzie do nas do domu na przesłuchanie. I przyjechała. Spojrzawszy na nią mój ojciec pomyślał, że nie jest najmłodsza, i to samo pomyśleliśmy my. Miała na sobie stary, szarozielony płaszcz i nieforemny kapelusz. Najbardziej rzucał się w oczy jej duży nos.

Nie czekać na uznanie świata

Odrobina uznania ze strony rodziny uwolniłaby Birgit od jej wątpliwości. Lecz dzieci są niewdzięczne, a świat jest wygodny i gnuśny i trzeba mu wymierzyć solidnego kopniaka, żeby zechciał docenić czyjeś zasługi. I właśnie do tego trzeba się zmusić: do rozdzielania kopniaków. Bywa, że dzieci dopiero w sytuacji ostatecznej potrafią dostrzec to, co mają: wartość ojca, matki czy babci doceniają wtedy, kiedy ich stracą. Zbytnia skromność i poświęcenie starszych członków rodziny nikomu nie wychodzą na dobre. Dzieci nie uczą się ich doceniać, a starsi ludzie niepotrzebnie popadają w kompleksy. Dlatego też dobrze jest od czasu do czasu poświęcić kilka minut na zrobienie bilansu i zastanowienie się, czego dokonaliśmy, tudzież (jako że w naszym społeczeństwie pieniądz niemal zastępuje Pana Boga), ile kosztowałaby nasza praca, gdyby musiano zatrudnić do niej obcych. Jeśli nie chcemy uważać zajęć w domu za pracę, wtedy zastanówmy się, ile jest wart dobry partner do rozmowy. Człowiek, który potrafi życzliwie wysłuchać i dzięki swojemu doświadczeniu udzielić dobrej rady. Wszyscy wiedzą, ile żąda za godzinę lekarz psychiatra. Natomiast dobra rada roztropnego, starszego członka rodziny nic nie kosztuje. A ile jest warta sama obecność? Fakt, że ma się koło siebie człowieka, któremu można ślepo zaufać, który pokazał już, na co go stać, i dlatego bez zawiści i z życzliwością traktuje sukcesy drugich. Tego nie zastąpią żadne pieniądze. Starzy ludzie wzbogacają nas swoim doświadczeniem i każdy rozsądny człowiek ceni to, co mają do powiedzenia. Pewien znany wiedeński architekt wnętrz, który ma tyle zleceń, że nie wie, od czego zacząć, zawsze rezerwuje sobie czas na jedno: na wieczorną partyjkę kart z kilkoma emerytami w pewnej przytulnej wiedeńskiej knajpce. „Oni wiedzą, co to życie twierdzi. Kiedy oni mówią, ja milczę. Przez cały tydzień nie uczę się tyle, ile jednego wieczoru od moich emerytów”. Ludzkość potrzebuje doświadczenia starych ludzi; dzisiaj nawet bardziej niż kiedykolwiek. Wszystkie wielkie kultury szanowały starość. Także my zaczynamy powoli na nowo odkrywać jej wartość. Ale starzy ludzie muszą nam pomóc. Nie wolno im pokornie schylać karku. Kto się schyla, tego kopią. Precz z fałszywą skromnością! Gdyby Birgit nie zadzwoniła do mnie, gdyby nie zdobyła się na inicjatywę, obie wiele byśmy straciły. Przecież i ona mogła powiedzieć sobie: No tak, ta kobieta jest młodsza o prawie czterdzieści lat, co mogę jej zaoferować? Na szczęście nie zrobiła tego. I obie zyskałyśmy.

Dzisiejsza egzystencja jest nudna i przeciętna

Birgit była zdana całkowicie na siebie, ale dała sobie radę. Pokazała, co potrafi. Jako młoda dziewczyna nauczyła się tkania i krawiectwa. Zaczęła więc szukać zleceniodawców i szyć ubrania. Pracowała po całych nocach, na początku w nie opalanych pomieszczeniach i przy złym oświetleniu. Powoli jednak sytuacja poprawiała się. Birgit miała już stałych klientów. Posłała dzieci do dobrych szkół. Cała trójka mogła studiować wybrane przez siebie kierunki, w czasach, kiedy nie zapominajmy o tym nie było prawie żadnych stypendiów. I wszystkie dzieci do czegoś doszły, jak to się pięknie mówi. Jedna z córek jest asystentką dyrektora w dużym przedsiębiorstwie, druga pisarką. Syn z powodzeniem prowadzi kancelarię adwokacką. W porównaniu z tamtymi czasami tak uważa Birgit jej dzisiejsza egzystencja jest nudna i przeciętna: cień tego, co było, lekka terapia zajęciowa. Ale jej rozumowanie jest błędne. Nie można przecież porównywać czasów totalnego chaosu i rozprzężenia, czasów kryzysu po przegranej wojnie z epoką powszechnego dobrobytu. Dzisiaj nikt w Austrii nie umiera z głodu. Jeśli wszyscy rodzice uważaliby chronienie dzieci przed śmiercią głodową za jedyne usprawiedliwienie dla swojej egzystencji, to powinni gremialnie rzucić się z okien z powodu całkowitej nieprzydatności. Birgit Martens popełnia typowy błąd wszystkich dzielnych kobiet w jej wieku: zbyt wysokie wymagania stawia sobie, a zbyt małe swojemu otoczeniu. Jej głównym problemem jest przesadna skromność. Nie ulega kwestii, że jest potrzebna, że stanowi dla rodziny wielką pomoc. Gdyby tylko zechciała zastanowić się nad tym w wolnej chwili, sama by to dostrzegła. Ale ona tego nie robi. Nie traci czasu na przeliczanie wartości swojej pracy na pieniądze, na kalkulowanie oszczędności, jakie dzięki niej robi rodzina. Zupełnie nie zdaje sobie sprawy ze swojej wartości. W ten sposób, mimo niewątpliwej inteligencji, stała się niemal ofiarą terroru starości naszych czasów. Stosuje do siebie obiegowe opinie, dotyczące starych ludzi, nie widzi, że jest wyjątkiem, zaczyna wierzyć w urojone problemy i identyfikować się z ludźmi, z którymi nie ma absolutnie nic wspólnego. Właśnie dlatego użyła w stosunku do siebie sloganu „samotność ludzi starych”, chociaż, jak się okazało w ciągu naszej krótkiej rozmowy, ten slogan zupełnie jej nie dotyczy.

Zaoszczędzić krewnym wydatków

Jakże może pani twierdzić, że jest samotna? zapytałam zdumiona. Jest cała masa młodych ludzi, którzy żyją w większej izolacji i nie są tak aktywni jak pani. Birgit zamyśliła się. Być może użyłam nieodpowiedniego wyrażenia odparła po chwili. Kiedy się nad tym zastanowię, to nie chodzi o samotność. To raczej uczucie, że człowiek nie jest już nikomu potrzebny. A to wszystko, co pani robi? zaoponowałam. Czy nie dostrzega pani, że zatrudnienie kogoś do gotowania, sprzątania, opieki nad chorą, nie mówiąc już o innych pracach, kosztowałoby rodzinę majątek? Nie, nad tym się nie zastanawiała. Dla niej rozstrzygające było porównanie obecnego życia z wcześniejszym, kiedy była młodą kobietą. Jej mąż zupełnie nieoczekiwanie zmarł tuż przed zakończeniem wojny, zostawiając ją samą, bez środków do życia i z trójką maleńkich dzieci. Wtedy, w tych trudnych czasach, rodzina była zdana całkowicie na nią: od niej zależało, czy przeżyją. Brakowało żywności, a przede wszystkim mleka. W Wiedniu niemowlęta umierały setkami. Nie istniała prawie żadna pomoc społeczna. Wdowie renty i ubezpieczenia socjalne były niewystarczające. Administracja kraju była o krok od załamania, a nieokrzesani i wyuzdani żołnierze wojsk okupacyjnych, przede wszystkim z pierwszej fali armii rosyjskiej, siali postrach wśród kobiet.

Największym problemem starości jest samotność

„Niedawno przeczytałam w gazecie artykuł na temat barw powiedziała. Pomyślałam, że tylko pani mogła go napisać”. Zadzwoniła do redakcji, ponieważ nie zawiadomiłam jej ani o mojej przeprowadzce, ani o nowym adresie. Tak bardzo się ucieszyłam z jej telefonu, że umówiłyśmy się jeszcze na ten sam wieczór i przegadałyśmy do pierwszej nad ranem. Od tego czasu widujemy się regularnie. Latem spotykamy się na tarasie mojej ulubionej kawiarni, tuż obok ratuszowego parku, zimą odwiedzamy się w naszych mieszkaniach. Niedawno rozmowa zeszła na wady i zalety starości; zdumiałam się niezmiernie, kiedy Birgit powiedziała: „Największym problemem starości jest samotność”. Na moją prośbę opisała, jak wygląda jej dzień: Wstaje wcześnie, sprząta, odpowiada na listy, idzie po zakupy. Potem gotuje, ponieważ codziennie przychodzi do niej na obiad wnuczka. Pojedzeniu zmywa i wreszcie pozwala sobie na parę spokojnych godzin, które poświęca na robótki. Właściwie robótki to złe określenie, gdyż Birgit wykonuje wspaniałe kilimy i restauruje stare dywany. Czasami także maluje. Przez cztery godziny dziennie, przeważnie od czwartej do ósmej po południu, pielęgnuje ciężko chorą synową. Wieczorem je w domu kolację z pewną amerykańską studentką sztuk pięknych, której wynajmuje pokój. Pośród tych wszystkich zajęć znajduje jeszcze czas na przepisywanie starych dokumentów rodzinnych i listów pisanych frakturą, aby udostępnić je dzieciom i wnukom. Ponadto troszczy się o willę pod Wiedniem, która należała jeszcze do jej dziadków: pielęgnuje ogród, rąbie drwa, podwiązuje róże, sadzi kwiaty, a w weekendy gotuje dla trojga swoich dzieci oraz ich dzieci, które, zwłaszcza latem, regularnie wymykają się z miasta na odpoczynek.

Birgit z Wiednia

Kto przez całe życie pracuje nad sobą, szuka w ludziach dobrego i nie rezygnuje, ten bez trudu przyciągnie do siebie młodych. Oto inny przykład, następna osoba z kręgu moich znajomych: wiedenka Birgit Martens. Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce w pociągu, w ekspresie relacji ParyżWiedeń. Birgit skończyła właśnie siedemdziesiąt lat, ja miałam trzydzieści trzy. Od razu przypadłyśmy sobie do gustu i przez całą drogę prowadziłyśmy ożywioną konwersację. Po przybyciu na miejsce postanowiłyśmy, że będziemy utrzymywać kontakty, wymieniłyśmy adresy, a ja obiecałam odwiedzić ją przy następnym pobycie w Wiedniu. Po tym pierwszym spotkaniu nastąpił w moim życiu bardzo gorączkowy okres, całkowicie wypełniony pracą. Skończyłam studia, przeniosłam się z Francji do Austrii i rozpoczęłam pracę dziennikarki. Przez pierwsze dwa lata w Wiedniu pracowałam niemal dzień i noc. Także w weekendy byłam zajęta wyszukiwaniem interesujących tematów dla gazety albo pisaniem artykułów czy recenzji książek. Kiedyś przez dwa dni i prawie całą noc przesiedziałam w wiedeńskim hotelu Imperial, aby nakłonić hiszpańską królową do udzielenia mi wywiadu; był to zresztą pierwszy wywiad, na jaki się zgodziła. Aby uzyskać pozwolenie na rozmowę z szejkiem Jamani, ministrem przemysłu naftowego Arabii Saudyjskiej, musiałam stoczyć zaciekłe boje z jego ochroną i sekretarzami. Pracowałam bez wytchnienia, czasu na telefony do starych znajomych czy na jakiekolwiek życie prywatne nie miałam wcale. Dopiero od połowy drugiego roku zaczęło się robić trochę lżej. Rutyna, jakiej się nabywa, chroni przed traceniem czasu. Człowiek jest w stanie, bez bicia serca i wyrzutów sumienia, poświęcić kilka godzin dziennie na odpoczynek; i właśnie kiedy postanowiłam, że w weekendy nie będę myśleć o gazecie, zadzwoniła Birgit Martens.

Bożą pomocą jakoś sobie poradzimy

Myśl o Helen natychmiast wprawia mnie w dobry nastrój. Wszelki strach przed starością czy samotnością jest jej obcy. Helen jest niezależna od abstrakcyjnej liczby, która określa datę jej urodzin to przecież tylko cyfry na papierze. Tymczasem ona jest i pozostanie sobą: kobietą zrównoważoną, zadowoloną i pełną pogody, zawsze gotową podzielić się z innymi swoją siłą i radością życia. Helen nie wie, co to nuda. Spędziłam z nią w winnicach dwa tygodnie. Robiłyśmy długie spacery i nigdy nie zabrakło nam tematów do dyskusji. W jej obecności czas płynie szybko. Opowiadała mi o swoim życiu: o braku pieniędzy w początkowym okresie małżeństwa, kiedy mieszkała w Nowym Jorku. O tym, że zawsze była pewna, iż poślubiła właściwego mężczyznę; i o swoich dzieciach. „Cieszę się, że nam się teraz dobrze powodzi powiedziała ale przetrwałam też złe czasy i wiem, że w razie potrzeby potrafię poprzestać na małym. Będzie, co będzie, z Bożą pomocą jakoś sobie poradzimy”. Kiedy dzieci się usamodzielniły, Helen przeniosła się z mężem na Florydę. Czy poczuła się samotna? Ani trochę. Zaczęła rzeźbić, ukończyła kurs plastyczny, otworzyła małe atelier. Sprzedaje tylko w niewielkim, prywatnym gronie. Jest rzeczywiście utalentowana i oddaje się swojemu zajęciu całym sercem i duszą. Każdego miesiąca spędza kilka dni w Nowym Jorku. Chodzi do muzeów i galerii, nie opuszcza żadnej wystawy i możliwie dużo czasu spędza ze swoimi wnukami. „Nigdy nie czuję się samotna podkreśla ale też jeszcze nigdy w życiu się nie nudziłam. Wszędzie, gdzie spojrzę, jest tyle do zrobienia, tyle można się nauczyć. To się z pewnością nie zmieni, nawet kiedy będę miała osiemdziesiąt lat”. Postać starej, drobnej paryżanki, która tak jej się spodobała na rynku, jest już wymodelowana w glinie. Była ozdobą ostatniej wystawy Helen.

Helen z Florydy

Do moich ostatnich towarzyskich zdobyczy należy pewna Amerykanka imieniem Helen. Kiedy ją poznałam, miała około sześćdziesięciu lat, lecz z pewnością jeszcze długo nie będzie stara, chociaż należy do tej warstwy społecznej, w której przynajmniej w Stanach nie spotyka się zbyt wielu tryskających życiem kobiet, mianowicie do grupy żon bogatych mężczyzn. Helen jest niewielkiego wzrostu, mocnej budowy, z upodobaniem ubiera się w spodnie, włosy nosi przeważnie luźno związane na karku. Jej mąż jest jednym z najmilszych bogatych mężczyzn, jakich poznałam; każdy grosz, który posiada, zarobił własną pracą i bez krzywdy drugich, cieszy się życiem, cieszy swoją żoną, dziećmi i wnukami, ma ciągle nowe pomysły i plany, które zawsze realizuje. Ostatnio postanowił wraz z trzema partnerami zakupić we Francji, w pobliżu Bordeaux winnice, wraz z wytłaczarnią wina oraz małym zameczkiem. Helen zobaczyłam po raz pierwszy w Paryżu, na jakimś przyjęciu, jednej z tych typowych, nudnych i pompatycznych imprez. Goście stali albo przechadzali się, jedzenie było znakomite, ale konwersacja nudna, eleganckie kobiety, żony bogatych mężczyzn, obnosiły się jak zwykle ze swoim cierpiętniczym niezadowoleniem. Rozmawiano o upadku dolara, o rynku nieruchomości w Nowym Jorku i ukradkiem spoglądano na zegarki, czy można już wreszcie wyjść. Pośród tego pozbawionego życia, zblazowanego towarzystwa zobaczyłam Helen. Kiwając się na obcasach, z jedną ręką zawadiacko wspartą na biodrze opowiadała z entuzjazmem o pewnej starej paryżance, której niedawno przyglądała się na rynku, o tym, jak wyglądała, o chustce, którą miała na głowie, o jej torbie na zakupy. Wyjaśniła, że już od dawna poszukuje takiej właśnie postaci. Chce zrobić jej model w glinie, kiedy wróci do domu, na Florydę. „Ale przedtem oświadczyła z promiennym uśmiechem przedtem będę przez trzy tygodnie panią zamku. No, przecież wiecie… Ho, ho, to nie byle jaka okazja. Czuję się jak aktorka w teatrze. Ale będzie zabawa”.

Otaczajmy się ludźmi, którzy nie znają strachu

Śmierć, starość, samotność ludzi starych nie bójmy się tych słów ani tego, co wyrażają. Dlaczego miałabym bać się śmierci? Nie ma żadnego powodu. I dlaczego ze strachu przed śmiercią miałabym uważać dwie trzecie mojego życia za mniej wartościowe? Życie to życie. Niezależnie od tego, czy ma się trzydzieści, czterdzieści, sześćdziesiąt czy nawet osiemdziesiąt lat.
Kto jednak nie może uwolnić się od strachu, ten powinien otoczyć się kręgiem ludzi, którym obcy jest lęk przed starością. Kontakt z nimi nawet przez telefon czy w formie korespondencji z pewnością pomoże w razie kryzysu. Przeważnie jednak wystarczy sama myśl o tym, że istnieją, a już czujemy się pokrzepieni. Ja sama już od dawna staram się nawiązywać znajomości z takimi ludźmi, niezależnie od tego, czy mieszkam w kraju, czy za granicą. Utrzymuję z nimi kontakt, a im są starsi tym lepiej.