Bożą pomocą jakoś sobie poradzimy

Myśl o Helen natychmiast wprawia mnie w dobry nastrój. Wszelki strach przed starością czy samotnością jest jej obcy. Helen jest niezależna od abstrakcyjnej liczby, która określa datę jej urodzin to przecież tylko cyfry na papierze. Tymczasem ona jest i pozostanie sobą: kobietą zrównoważoną, zadowoloną i pełną pogody, zawsze gotową podzielić się z innymi swoją siłą i radością życia. Helen nie wie, co to nuda. Spędziłam z nią w winnicach dwa tygodnie. Robiłyśmy długie spacery i nigdy nie zabrakło nam tematów do dyskusji. W jej obecności czas płynie szybko. Opowiadała mi o swoim życiu: o braku pieniędzy w początkowym okresie małżeństwa, kiedy mieszkała w Nowym Jorku. O tym, że zawsze była pewna, iż poślubiła właściwego mężczyznę; i o swoich dzieciach. „Cieszę się, że nam się teraz dobrze powodzi powiedziała ale przetrwałam też złe czasy i wiem, że w razie potrzeby potrafię poprzestać na małym. Będzie, co będzie, z Bożą pomocą jakoś sobie poradzimy”. Kiedy dzieci się usamodzielniły, Helen przeniosła się z mężem na Florydę. Czy poczuła się samotna? Ani trochę. Zaczęła rzeźbić, ukończyła kurs plastyczny, otworzyła małe atelier. Sprzedaje tylko w niewielkim, prywatnym gronie. Jest rzeczywiście utalentowana i oddaje się swojemu zajęciu całym sercem i duszą. Każdego miesiąca spędza kilka dni w Nowym Jorku. Chodzi do muzeów i galerii, nie opuszcza żadnej wystawy i możliwie dużo czasu spędza ze swoimi wnukami. „Nigdy nie czuję się samotna podkreśla ale też jeszcze nigdy w życiu się nie nudziłam. Wszędzie, gdzie spojrzę, jest tyle do zrobienia, tyle można się nauczyć. To się z pewnością nie zmieni, nawet kiedy będę miała osiemdziesiąt lat”. Postać starej, drobnej paryżanki, która tak jej się spodobała na rynku, jest już wymodelowana w glinie. Była ozdobą ostatniej wystawy Helen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *